Cienko śpiewająca fonografia

Wpadła ostatnio w moje łapy składanka radia Eska – Gorąca 100 (nie jestem wielbicielem radia, ale warto czasami zapuścić żurawia w zestaw hiciorów, a nuż znajdzie się coś wartościowego…) i mam jedno spostrzeżenie. Króluje ostatnio moda na cienki śpiew. Zaczęło się chyba od Timberlake’a, a teraz jest wszechobecne. Co drugi utwór na tej składance śpiewany jest sopranem, albo przez jakieś zdigitalizowane ludki (niejakie Gummy Bear) . Dokąd to zmierza? I tak jest kiepsko, bo co drugi kawałek to cover, zgodnie z zasadą że jak brakuje talentu to trzeba sobie pomóc. Mogę zrozumieć jeśli nowa aranżacja ma zupełnie odmienny od pierwowzoru styl, ale sens robienia coverów jak „La Luna” popełniona przez Magnetic umyka mojej zdolności pojmowania świata. Nawet stary dobry Scooter ma na wejściu i w refrenie cieniutki zaśpiew, chociaż do tego przyzwyczailiśmy się od „Nessai”, na szczęście nadrabia swoim zdecydowanie męskim wrzaskiem.

Ale wracając do sedna – myslę że to oznaka upadku cywilizacji, takie wykastrowanie wokalu. O ile kastraci swego czasu byli potrzebni, bo w latach 1588-1793 obowiązywał papieski zakaz co do wystąpień publicznych kobiet, to w naszych czasach nie ma taka tendencja żadnego praktycznego uzasadnienia. Może poza tym że męska część społeczeństwa powoli niewieścieje > fani Heavy Metalu to gatunek ginący a salony piękności dla mężczyzn rosną jak grzyby po deszczu. Trzeba więc serwować to co się podoba i pasuje do odbiorców… bezpłciową sopranową zdigitalizowaną papkę.

Cóż począć, jeśli nawet na niezawodnego dotychczas Bogusia Lindę nie można liczyć – zajmuje się sprzątaniem u niejakiej Foremniak. Na polskim horyzoncie brak typowego macho, trzeba sięgać na zachód. A znaleźć tam można naprawdę ciekawe przypadki – na przykład Viggo Mortensen i jego kreacja w „Eastern Promises” (reż. David Cronenberg) – mocna rzecz. Swoją drogą bardzo ciekawy film, kiedy słyszę np. Cassela nawijającego po rosyjsku to mnie rozśmiesza. W filmie jest polski akcent – znakomita rola Jerzego Skolimowskiego jako bossa rosyjskiej mafii. Ogólnie bardzo dobry obraz, widać że Mortensenowi i Cronenbergowi dobrze się współpracuje, już od „Historii przemocy”.

Tak że jest jakieś światełko w tunelu, a póki co trzeba wyłączyć radio i polegać na starym dobrym Dickinsonie…😀

Co do Miami Vice, to rzeczywiście muza lepsza od filmu, chociaż nie było aż tak źle. Gdyby tylko Farrel trochę mniej przeż(u/y)wał tę rolę… „One of These Mornings” czy „Sinnerman” są od dawna stałym elementem mojej playlisty.

Do postowania na WordPress najlepiej dla Polaka nadaje się  Windows Live Writer (wiem, że od Microsoft(f)u!, ale dobry jest😀 ), natomiast po angielsku BlogDesk – być może będzie wersja obsługująca polskie znaki, ale nieprędko.

~ - autor: K w dniu Listopad 28, 2007.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: